Schowany na widoku

Będąc domem dla największej populacji mnichów na świecie, Mundgod w Karnatace pozostaje stosunkowo nieodkrytym światem.

Z dala od zgiełku: mnisi w klasztorze Drepung Gomang. (Źródło: Ekspresowe zdjęcie: Arul Horizon)Z dala od zgiełku: mnisi w klasztorze Drepung Gomang. (Źródło: Ekspresowe zdjęcie: Arul Horizon)

Jest 6 rano, a żarowa pomarańcza wschodzącego słońca wydaje się być w cichej rywalizacji z morzem bordowym, które przedziera się przez krętą drogę poniżej. Oboje w magiczny sposób przekształcają nudny i jałowy krajobraz wokół. Nieopodal regularnie rozbrzmiewa gong, prowadząc mnichów w bordowych szatach do ogromnej sali modlitewnej klasztoru. Wkrótce kojące śpiewy porannych modlitw wznoszą się w parze ze słońcem na zewnątrz.



Kilka kilometrów dalej trwa bardziej pragmatyczna transakcja ze słońcem. Jardy i metry czegoś, co wygląda jak długie, cienkie liny, ostrożnie wiesza się na sznurkach biegnących przez dużą stodołę. Gdy zasłony z białych pasm wypełniają pokój, mnisi uśmiechają się z satysfakcją do jasnego słońca, teraz dość wysoko na niebie. Oczywiste jest, że kosmyki, na których właśnie wisiały, wyschną w ciągu jednego dnia. Za 24 godziny mnisi wrócą do The Noodle Factory, aby zebrać świeże nitki makaronu. Zrobi to być może jeden posiłek dla 3000 dziwnych mnichów z obozu nr. 2. Poranna praca dobrze wykonana, grupa siada przy gorącym kubku słonej tybetańskiej herbaty i kawałku chleba. To śniadanie dla 8000 mnichów w osadzie Doeguling w Mini-Tybecie Mundgod w Karnatace.



We wnętrzach Karnataki, godzinę drogi od Hubli i 300 km od Goa, schowany jest Mundgod. Jest to małe, skromne miasteczko panchayat, w którym znajduje się największa osada mnichów na świecie. Z około 8000 mnichów w dwóch obozach w Tybetańskiej Osadzie Doeguling, liczba ta jest znacznie wyższa niż w Bylakuppe, jednej z czterech tybetańskich osad w Karnatace. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że Bylakuppe znajduje się w pobliżu takich miejsc turystycznych jak Coorg i Mysore. Kiedy ludzie tam przychodzą, również je odwiedzają. Ale tutaj Mundgod jest dość nieznanym miastem ukrytym we wnętrzach — w pobliżu nie ma żadnych atrakcji turystycznych, a więc jest zagubiony we względnej anonimowości, mówi 42-letni Tenzin Khentse, który przybył do Mundgod jako młody, 14-letni chłopak ze swojego rodzinne miasto w Ladakhu.



Cudzoziemcy również nie są wpuszczani do tego chronionego obszaru bez przepustki, której uzyskanie często zajmuje od trzech do czterech miesięcy. Wszystko to raczej zniechęca niż zachęca turystów do odkrywania małej Shangri la.

Być może jednak anonimowość jest endemiczna dla celów Mundgod. Pierwotnie schronienie dla tych, którzy uciekli z Tybetu po przejęciu władzy przez Chińczyków, dziś rozwinęło się jako miejsce nauki i edukacji dla mnichów. Istnieje siedem klasztorów z bogato zdobionymi salami modlitewnymi, artystycznie zaprojektowanymi dachami i misternie rzeźbionymi mandalami. Cztery uniwersytety klasztorne są domem dla mnichów, którzy zwykle przyjeżdżają tu w wieku 10-12 lat i pozostają tam przez co najmniej 25 lat, aby studiować teksty religijne. Wielu decyduje się pozostać jako nauczyciele i przewodnicy dla młodszego pokolenia.



Klasztor Drepung jest również miejscem, w którym siódmy Ling Rinpocze, reinkarnacja guru Dalajlamy, kształci się przez ostatnie 20 lat. W przyszłym roku kończy szkołę na wielkiej uroczystości. Miałem półtora roku, kiedy odkryto reinkarnację. Niewiele pamiętam, ale powiedziano mi, że w serii testów zostało to stwierdzone. Na przykład spośród wielu różańców wybrałbym ten od mojego poprzednika itp., mówi.



Sesja studyjna i dyskusyjna w jednym z klasztorów w obozie 2. (Źródło: Zdjęcie ekspresowe: Arul Horizon)Sesja studyjna i dyskusyjna w jednym z klasztorów w obozie 2. (Źródło: Zdjęcie ekspresowe: Arul Horizon)

Całkowita populacja Tybetańczyków w Mundgod wynosi około 15 000, z czego 70 procent stanowią mnisi i mniszki. Tybetańczycy przybyli do Mundgod w 1966 roku, kiedy rząd Karnataki przeznaczył im około 4500 akrów ziemi pod osiedlenie. Po ucieczce z Tybetu po chińskiej inwazji utworzyli tu 11 obozów — dwa są zajmowane przez mnichów, a pozostałe przez zwykłych ludzi. Teraz jednak departament leśny naruszył około 170 akrów ziemi, mówi Thinsey Gyaltso, sekretarz w Biurze Przedstawiciela Doeguling Tibetan Resettlement, który został utworzony w celu rozwiązania problemów Tybetańczyków z pomocą władz lokalnych i stanowych. . Tybetańczycy, nawet ci urodzeni tutaj, nie są uznawani za obywateli Indii. Otrzymują Certyfikat Rejestracji, który jest dowodem tożsamości. Zamiast paszportu mamy wystawioną żółtą Dowód Osobisty. To bardzo często powoduje problemy, zwłaszcza gdy istnieje potrzeba wyjazdu za granicę, mówi Gyaltso, który tu się urodził i wychował.

Kilka mil dalej znajduje się Szkoła Buddyjska Loseling, poświęcona tybetańskiej edukacji. Podczas gdy uczniowie od Standardu I do V uczą się wszystkich przedmiotów zgodnie z decyzją CBSE, począwszy od Standardu VI, uczą się tylko buddyzmu.



System egzaminacyjny dla mnichów jest bardzo rygorystyczny. Na każdym etapie mają trzy rodzaje testów — pisemny, ustny i otwartą debatę, aby sprawdzić głębię ich wiedzy i zrozumienia, mówi Khentse, nawet podczas ożywionych dyskusji na terenie klasztoru Drepung.



Każdego roku kończy szkołę 25-30 mnichów, ale Khentse przyznaje, że liczba mnichów przybywających do klasztoru z roku na rok spada. Wcześniej rodziny miały siedmioro dzieci i jedno skierowały do ​​klasztoru zarówno ze względów ekonomicznych, jak i z poczucia obowiązku. Teraz, przy mniejszych rodzinach, to się zmienia, mówi Khentse, który sam został wysłany do Mundgod przez swoich rodziców w wieku 14 lat. Wyznaje, że początkowo bardzo dużo trzeba było przestać tęsknić za swoim domem i rodziną. Pomógł jednak fakt, że zostałem wysłany specjalnie po to, by być towarzyszem Linga Rinpocze, który był tutaj jako młody chłopiec w wieku 10 lat. To był wielki zaszczyt. Stałem się jego cieniem i jestem z nim 24×7 365 dni. Teraz czuję się szczęśliwy, że to życie zostało wybrane dla mnie, mówi człowiek bardziej znany jako Tsetan w Mundgod.

Jest jednak wielu, którzy wybrali to życie dla siebie. 36-letnia Tenzin Dechen, jedna z 230 mniszek z klasztoru Jangchub Cholling w Mundgod, przyjechała tu w 2005 roku na studia buddyjskie. Miałam 19 lat, kiedy postanowiłam zostać zakonnicą. Nie miałem trudności z zaakceptowaniem tego życia, ponieważ to była moja własna decyzja. Chciałem dotrzeć do głębi buddyzmu. Nigdy nie tęskniłem za życiem w domu. Panuje całkowity spokój ducha, mówi Dechen.



Poza kwestiami tożsamości wynikającymi ze statusu uchodźcy, zdarzają się również sporadyczne przypadki dyskryminacji. Jednak, ogólnie rzecz biorąc, Tybetańczycy i miejscowi wydają się współistnieć dość pokojowo. W rzeczywistości większość gospodarki Mungondu rozkwitła dzięki osiedlom – z powodu obecności klasztorów istnieje ogromny popyt na lokalne produkty.



Wewnątrz klasztornej kuchni w Mundgod. (Źródło: Ekspresowe zdjęcie: Arul Horizon)Wewnątrz klasztornej kuchni w Mundgod. (Źródło: Ekspresowe zdjęcie: Arul Horizon)

Kuchnia w każdym z klasztorów sama w sobie jest fascynującą opowieścią. Ponieważ trzeba nakarmić tysiące mnichów, wszystko w nim jest na wielką skalę – od gigantycznych używanych przyborów po ilość składników i surowców, które trafiają do codziennego menu. Na chleb dzienny na śniadanie zużywamy ok. 350 kg mąki, 50 kg ghee lub smalcu i 40 kg cukru. W porze lunchu znowu jest to około 500 kg mąki i 50 litrów oleju, podczas gdy wieczorem codziennie używa się 200 kg ryżu i 75 kg dal – mówi Tenzin Thinlay, który kieruje kuchnią. Posiłki, będące połączeniem dań indyjskich i tybetańskich, są oszczędne. Kuchnia jest wegetariańska, ale lamowie, którzy nie są wegetarianami, mogą swobodnie chodzić do restauracji i rozkoszować się wyborem momos i thupkas. Większość Tybetańczyków nie będących mnichami zajmuje się rolnictwem i rolnictwem.

Zapada zmierzch i grupa mnichów wraca do schroniska, podczas gdy inna grupa pcha taczki, którymi torowali drogę. Mnisi wykonują dużo pracy dla dobra publicznego. Ta droga była płaczącą potrzebą tego obszaru. Ponieważ nie mamy prawa głosu, prośby te są często ignorowane. Dlatego w wielu przypadkach wykonujemy pracę sami, gdzie tylko możemy, mówi Tseten.



Dla tych mnichów to jednak dalekie od końca dnia. Już od wielu godzin będą czytać buddyjskie teksty, przygotowując się do wielkiej debaty zaplanowanej na następny dzień. Na zewnątrz jest ciemno, ale poszukiwania światła trwają.