„Kiedy muzyka cię uderza, to jest piękno w działaniu”

Brytyjski maestro gitary jazz-fusion, 76-letni John McLaughlin, o podziękowaniu Ameryce za sukces Mahavishnu Orchestra, przyjaźń z Milesem Davisem i wygraną Grammy w zeszłym tygodniu

Kiedy uderza cię muzykaWystęp brytyjskiego maestro gitary jazz-fusion, Johna McLaughlina

Właśnie zakończyłeś ostatnią trasę swojej 54-letniej muzycznej kariery w Ameryce Północnej. Co sprawiło, że nazwałeś to dniem koncertowym?
Wiek. Nadal czuję się w środku jak 28-29 lat, ale moje ciało nie zgadza się ze mną. Robienie wycieczek teraz jest dla mnie bardziej ryzykowne, ponieważ mam w ręku artretyzm. Ale w ten weekend zamierzam kontynuować koncerty z Fourth Dimension, dwa w Bombaju i jeden w Bangalore. Jeszcze w tym roku zostaliśmy zaproszeni na kilka koncertów do Brazylii – to jest w porządku. Ostatnia trasa miała kilka motywów. Jednym z nich było pojawienie się w 1971 roku Orkiestry Mahawisznu. To było bardzo duże wydarzenie w USA. Odnieśliśmy fenomenalny sukces, a muzyka wywarła wpływ, który trwa do dziś. Pomyślałem dlaczego nie, ponieważ Orkiestra była dużą częścią mojego życia i mojej muzyki. Ameryka była dla mnie fantastyczna, a moje życie muzyczne opierało się na muzyce amerykańskiej — od słuchania bluesa jako 11-latka, przez granie w rytmie rhythm-n-bluesa, aż po jazz. Przyjechałem tam w latach 60. i grałem z Tonym Williamsem, Milesem Davisem, Waynem Shortem i wszystkimi tymi ludźmi, którzy są teraz moimi rówieśnikami. Ta trasa miała więc podziękować Ameryce za wszystko, co dla mnie zrobiła.



Mówiąc o Milesie Davisie, czy myślisz, że założyłbyś zespół, gdyby nie powiedział ci tego w 1971 roku?
Będę mu wiecznie wdzięczny. Jest dla mnie nieustanną inspiracją, przychodzi do moich snów i rozmawia ze mną. (Naśladuje Davisa) John, będziemy nagrywać w czwartek. Kiedyś napisałem dla niego melodię otwierającą drugą część koncertu gitarowego, który grałem z Orkiestrą Filharmoniczną w Los Angeles. Kazałem trębaczowi grać na skrzydle, które jest jednym z ulubionych instrumentów Milesa. Nagrałem go, poznałem go i zagrałem mu w jego pokoju hotelowym. Siedział i jadł sałatkę, a taśma była odtwarzana na wielkim blasterze z getta. Wysłuchał wszystkich trzech ruchów, a potem powiedział: John, teraz możesz umrzeć.



A w zeszłym tygodniu wygrałeś Grammy za najlepsze improwizowane solo jazzowe dla Milesa z albumu Live at Ronnie Scott’s. Gratulacje.
Dziękuję Ci. To też zatacza koło — komitet Grammy wybrał tę piosenkę, hołd dla Milesa, nagrany w 1971 roku przez Mahavishnu Orchestra. Reanimowaliśmy go i graliśmy u Ronniego Scotta. Grammy bardzo mnie ucieszyło, ponieważ wszystkie elementy mojego życia połączyły się – Miles, Mahawisznu, Czwarty Wymiar. Nie mogłem prosić o lepszą kategorię i to taki zaszczyt, że nagrodzili to improwizowane solo. Ponieważ w improwizacji jesteś tym, kim jesteś, nie możesz ukryć się za nutami i po prostu jesteś sobą.



Powiedziałeś, że muzyka jest sposobem na wyzwolenie i że grałeś jazz, ponieważ jest drogą do wolności. Zanim zostałeś Mahawisznu, od czego chciałeś się wyzwolić?
Ja, z mojego nudnego, małego ja.

Czemu? Grałeś z Milesem, jammując z Jimim Hendrixem, tworząc własny zespół.
Wszystko było cudowne i jestem za to wdzięczna. Ale z moich doświadczeń w muzyce i medytacji, które zacząłem wiele lat temu, wiem, że mamy w sobie inną stronę, wielkiego ducha, który jest w każdym z nas, który mówi ci, że jesteś częścią wszechświata i to jest część ciebie. Ta wiedza zmienia życie, ale możemy ją zdobyć tylko wtedy, gdy będziemy jej szukać. Cała praca, którą wykonuje się w medytacji, polega na tym, aby przedzierać się przez powierzchowne i śmieszne myśli, które nieustannie nas atakują. Jesteśmy niezwykle tajemniczy i pełni magii. Dlaczego idziesz na koncert? Idę, żeby mnie schwytała ta osoba i żeby zabrała mnie do swojego świata. Odkrywam siebie przez nich. Na scenie, jeśli tylko grasz nuty, kogo to obchodzi? Jeśli myślisz, nie grasz. Jeśli potrafisz grać bez myślenia w sposób kolektywny, aby doświadczyć wyzwolenia jako kolektyw, to doświadczenie jest poza słowami. Każdy intuicyjnie wie, kiedy uderza w Ciebie muzyka — to jest piękno w działaniu.



Czy powiedziałbyś, że twoje poszukiwania duchowej wiedzy kosztowały cię oryginalny skład Mahavishnu Orchestra w 1973 roku?
To prawdopodobnie jeden powód. Byłem na innej ścieżce z moją jogą i medytacją, a ci faceci (skrzypek Jerry Goodman, Jan Hammer na klawiszach, basista Rick Laird i perkusista Billy Cobham) pili, imprezowali i spotykali się z dziewczynami. Po koncercie szedłem do domu i piłem herbatę ziołową, medytowałem i kładłem się spać. Nie prosiłem ich o to, ale najwyraźniej doszło do schizmy społecznej, ponieważ nie uczestniczyłem w takim stylu życia. Robiłem to już wcześniej i wiedziałem, jak to jest. W końcu rozłam był ostry — duch opuścił zespół.



Mówiłeś o drum-n-bass, trap i jungle, nie lekceważąc tych gatunków. Czy myślisz, że docierają do większej liczby ludzi, ponieważ są dość instynktownymi formami muzyki?
Tak, a to dlatego, że słucham też swoim ciałem. Słyszałem muzykę intelektualną i robi mi się zimno. Muzyka powinna być totalna, tak jak z muzyką indyjską i jazzem.

Co masz na myśli?
W indyjskiej klasyce i jazzie jest pewna fizyczność i zmysłowość, istotna część obu kultur. Uwielbiam obie te formy, bo to sprawia, że ​​chcę się ruszać. Jednocześnie nie zabrania satysfakcji intelektualnej i estetycznej.



Czy nagrasz tę płytę, o której ostatnio mówiłeś – Deaf, Dumb and Blind?
Tak, bo jestem teraz stary i czasami głupi. Jednak nienawidzę myśleć, jak ta płyta brzmiałaby.