Co piją mnisi: oszałamiająca gama belgijskich piw

W Belgii jest trunek na każdy gust, ale żaden nie jest tak dobry jak piwo trapistów.

Uderzenie w najwyższe noty w Belgii: Belgia oferuje oszałamiającą gamę piwa. (Źródło: Amrita Das)

„Jeżeli pijesz trapistów, działasz charytatywnie”, mówi Karel, mój przewodnik i muzyk jazzowy, kiedy stukamy się szklankami piwa. Do tej pory piwo trapistów i ja byliśmy zupełnie obcy. Ale to jest najlepsze piwo, jakie wypiłem w życiu.



Jestem w Gandawie, popularnie oznaczonej jako najlepiej strzeżony sekret Belgii. Trapista to także najlepiej utrzymane piwo na świecie. Ma trzy zasady. Po pierwsze, cała produkcja musi odbywać się w murach opactwa; po drugie, mnich musi być odpowiedzialny za produkcję; i po trzecie, wszystkie zyski mogą być przeznaczone wyłącznie na cele charytatywne lub przeznaczone na utrzymanie opactwa.



Na świecie jest 11 piw trapistów, z czego sześć w Belgii. Trzy we Flandrii w północnej Belgii to Westmalle, Achel i nieuchwytny Westvleteren. We francuskojęzycznej części kraju znajdują się pozostałe — Rochefort, Orval i Chimay.



Po II wojnie światowej, wahając się, czy wydać na miedziane destylatory, Westvleteren zwrócił się do browaru w Watou we Flandrii Zachodniej, aby ją wyprodukować. Browar ten był opactwem trapistów, obecnie należącym do rodziny bliskiej mnichom i nosił nazwę St Bernardus. Od 1947 do lat 90. browar ten produkował wszystkie piwa Westvleteren. Jednak na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy powstały znaki jakości, wycofano oficjalną produkcję w mury opactwa Westvleteren. Jednak browar w Watou kontynuował produkcję piwa pod nazwą St Bernardus – nazwa handlowa Westvleteren. W mojej szklance próbuję pełnego smaku St Bernardus Abt 12.

Kiedy Karel i ja wychodzimy z baru, ‘t Einde der Beschaving (Koniec cywilizacji) na Saint Veerleplein, z ciekawością pytam, czy w Belgii są inne warianty alkoholu, w których można się zakochać, poza piwem. Uśmiecha się do mnie i idziemy sto metrów do Dreupelkot. Ten stary, przytulny bar jest domem dla klasycznego holenderskiego ginu o nazwie jenever. Mieści ponad 200 odmian napoju. Barman wyciąga butelkę Belegen Graanjenever i napełnia mi kieliszek. Tradycyjnie pierwszy łyk spirytusu pijemy bez trzymania kieliszka — pochylając się do stołu i przykładając usta bezpośrednio do kieliszka. Ciemnozłoty i mocny, przypomina wódkę z ziołami i kwiatami.



Następnego dnia kontynuuję poszukiwania „innych” belgijskich trunków. Po skomplikowanym szlaku spacerowym w Gandawie zatrzymuję się na przerwę przy Groot Vleeshuis, starym domu mięsnym, zwanym również Wielką Halą Rzeźniczą. Widzę szynki Ganda z Gandawy zwisające z wysokiego dachu. Pochodzi z XV wieku, kiedy służył jako kryty, hurtowy targ mięsny.



Browar trapistów. (Źródło: Amrita Das)

Siedzę z półmiskiem mięs, serów i słonków, ale nic nie gasi mojego pragnienia. Na zapytanie podaję mi szklankę musującego, czystego belgijskiego produktu — orzeźwiającego, złotego napoju RoomeR. Zwykle pity jako aperitif, RoomeR jest przygotowywany przez zaparzanie kwiatów czarnego bzu i pochodzi z Belgii. Podawany jest schłodzony i chociaż napój zawiera 15 proc. alkoholu, nie odczuwam żadnych jego skutków.

Następnie pedałuję z Brugii do Damme, małej turystycznej wioski około siedmiu kilometrów od centrum Brugii. Słońce dodaje do obrazu idealne kadry belgijskiej wsi. Kiedy Tom i ja parkujemy rowery przed restauracją De Uilenspiegel (The Owl Mirror) na lunch, już zastanawiam się, jaki napój połączyć z moim stekiem. Tom zachęca mnie do spróbowania lokalnie warzonego piwa Maerlant Damse Tripel, ale ostrzega przed jego ciężkością. Piwo jest produktem browaru Van Steenberge w Ertvelde, około 40 kilometrów na wschód od Damme i jest dostępne tylko w Damme.



Ze względu na jego ekskluzywność poddaję się. Rozkoszując się schłodzonym kuflem piwa, rozumiem, że pomogłoby wyrobienie w nim wytrzymałości. Niemniej jednak udało mi się przejechać 12 kilometrów z powrotem do Brugii, bez spania na dwóch kołach.



W Antwerpii znalazłem się w trudnej sytuacji. Skuszony na piwo Duvel, ostrożnie wybieram holenderską odmianę Negroni z menu barowego Horta Grand Cafe. Zastanawiam się, czy nie popełniłam błędu, wybierając popularny koktajl zamiast lokalnego naparu. Ale kiedy przyglądam się drinkowi obok mnie, czuję, że więź miała być. Jaskrawoczerwony kolor koktajlu ginowego jest rozrzedzony przez grube kostki lodu, a nuta skórki pomarańczowej dodaje kontrastującego aromatu. Delikatnie nim potrząsam, popijam, aby wiedzieć, że podjąłem właściwą decyzję.

Ostatniego dnia w Antwerpii trafiam do tradycyjnego pubu na Grote Markt (Wielki Rynek). Café Den Engel to przykład bruine kroeg (brązowy pub) w Antwerpii. Uważa się, że założenie domu cechowego datuje się na XIV wiek. Tłum tutaj to seniorzy, każdy siedzący przed nimi ze szklanką piwa. Pytam sympatyczną gospodynię baru o ciemne, bursztynowe piwo w większości szklanek, a ona wskazuje mi kran. Bez pytań, proszę o De Koninck z kranu. Piwo to warzone jest lokalnie w Antwerpii od 1833 roku. Pieszczotliwie nazywane jest bolleke De Koninck, gdzie bolleke nawiązuje do kultowego kształtu szklanki, w której jest podawane. Fascynuje mnie jego słodki i bardzo lekko doprawiony smak. Gdy mżawka słabnie na zewnątrz, płacę 2,30 euro za piwo i wychodzę radośnie z zawrotami głowy.



Kiedy pakuję się do lotu z Brukseli, kładę na łóżku różne belgijskie trunki. Od zaokrąglonej butelki RoomeR po różne piwa St. Bernardus' Trappist, wiedziałem, że nie mogę zabrać do domu lepszych pamiątek.