Blokada i długi dystans: zachowanie wiary

W takich czasach ciągle martwisz się o bycie z osobą, którą chcesz być z cuchnącą przywilejami. Ale w konfrontacji z katastrofą, której nikt z nas nie wytłumaczył – i która ze wszystkich rzeczy zmniejsza nadzieję – wydaje się to również dziwnie naturalne.

koronawirus, koronawirus, związek na odległość, koronawirus w związku na odległość, blokada i związek na odległość, indian express, indian express newsKiedy ostatnio odwiedziłem mojego partnera, koronawirus był odległym nagłówkiem w gazetach. Strach wydawał się odległy i nadal można było z niego żartować. (Źródło: Getty Images)

Jakiś czas w zeszłym tygodniu, kiedy świat, jaki znaliśmy, zmieniał jedną aktualizację wiadomości na raz, wysłałem wiadomość do przyjaciela, aby sprawdził go. Intencją było znalezienie kogoś – kogokolwiek – z kim mógłbym podzielić się moim niepokojem, wypełnić go tymi samymi upiornymi szczegółami, które powstrzymywały mnie przed spaniem w nocy, powtórzyć, jak życie tysięcy ludzi zostało zredukowane do oszałamiających statystyk. Niczym panika telefoniczna do przyjaciela przed egzaminem, miałam przewrotną nadzieję, że dyskusja i porównywanie zbiorowej nędzy przyniesie jakąś ulgę. Mówił, że radzi sobie dobrze, nadrabiając zaległości w pracy i pokazy, ale kompulsywna potrzeba samoizolacji uniemożliwia mu spotkanie ze swoim partnerem. To to go drażniło; nie obezwładniającą rozpacz z powodu rozpadającego się świata, bez bezsenności wywołanej lękiem, bez dręczących myśli o rodzicach mieszkających w innym mieście. A może wszyscy byli, ale jedyną rzeczą, którą zdecydował mi powiedzieć, była światowa pandemia, tęsknił za nią.



Kiedy ostatnio odwiedziłem mojego partnera, koronawirus był odległym nagłówkiem w gazetach. Strach wydawał się odległy i nadal można go było żartować na temat: Czy myślisz, że mogę mieć koronawirusa? Koronawirus cię dopadnie. W ciągu nieco ponad miesiąca świat wygląda inaczej. Nieuchwytny wirus zmusił nas do zakradania się do naszych domów, pozbawiając nas ludzkiego dotyku i zakłócając życie i gospodarkę ze zdecydowaną okrucieństwem. Nagle drogi są puste, niebo wygląda inaczej, zwierzęta i ptaki szczekają i ćwierkają z odnowionym autorytetem, a my, którzy zapłaciliśmy za ich oglądanie, zamykamy się w naszych domach. Życie nagle się zatrzymało, a my znajdujemy się na przecięciu stania się opowieściami, które do tej pory czytaliśmy tylko z oderwanym przerażeniem. Potrzeba samoizolacji rozciągnęła dni na godziny i przekształciła fizyczne przestrzenie w miejsca separacji. A jednak pozornie niewiele się zmieniło między nim a mną.



Od początku mieszkaliśmy w różnych miastach. Oglądanie niezręcznych zdjęć w telefonach było normą; spotkanie rzadkiego luksusu. Byliśmy w związku na odległość, zanim wirus postanowił sprawić, że wszyscy przebywający z dala od partnera (nawet) w tym samym mieście cierpią na podobne napady tęsknoty. Zawsze byliśmy beznadziejnie zależni od słów, aby skonfrontować się i pogodzić, bezradnie zależni od piosenki, która wyraża przeprosiny, z których byliśmy zbyt dumni. Niektóre kłótnie były zawsze odkładane na bok, aby były rozwiązywane osobiście, a inne rozwiązywały się same między nieustannymi telefonami i wiadomościami tekstowymi. Utrzymywaliśmy dystans społeczny, zanim to zostało przepisane. Czekaliśmy, zanim kazano nam czekać.



Skarga mojego przyjaciela, choć inna niż moja, nie wydawała się łatwa. To było słusznie i tylko ludzkie. Literatura popularna, filmy, a nawet życie prawie zawsze podkreślały, że kochankowie są nieustannie zaniepokojeni wzajemną nieobecnością, jak podejmują oszałamiające ryzyko, aby zrobić jak najmniej. W Arundhati Roy Bóg małych rzeczy — przerażająca fikcja o straszliwych stratach, koszmarnych kosztach miłości i związku, który kończy się jako opowieść ostrożności — Ammu, matka dwójki dzieci, i znacznie młodsza z niższej kasty Velutha stanowią wymowny przykład. Kiedy spotkali się po raz pierwszy, obaj byli świadomi tego, jak wysoka jest stawka, przerażająco zaznajomieni z tym, jak daleko zajdą, będzie mierzone w stosunku do tego, jak daleko zajdą. Cenę swojej śmiałości zapłacili zniszczonym dzieciństwem, rozpadem związków rodzinnych i śmiercią.

A jednak uderzający jest sposób, w jaki Roy utrzymuje ten incydent do samego końca, ujawniając początek ich historii po tym, jak pokazał nam, jak się skończyła. Najpierw informuje o tym, co się stało, a później wyjaśnia, dlaczego i jak to się stało. Kończy nie kryzysem, ale obrazem dwojga ludzi pochłoniętych niewytłumaczalną potrzebą spotkania. Ta ciekawa aranżacja rozdziału staje się jej sposobem na powiedzenie, że od początku wiedzieli, jak się sprawy potoczą, i mieli szansę, że zrobią to ponownie. Podkreśla również jej upór, że dwoje ludzi, których przeznaczeniem było nigdy nie być razem, nie walczyło w tej bitwie od początku. Poznali się tej nocy i dalej się spotykali, ponieważ każda chwila wydawała się kluczowa, każdy czas spędzony z dala od siebie był stratą. Spotkali się, ponieważ w przeciwieństwie do miłości, która walczy o uznanie, kochankowie zawsze rywalizują o czas. To jest dla nich jedyną rzeczą, która ma dla nich znaczenie, a nie charakterem lub ogromem konieczności. Sytuacja, w której cierpiał mój przyjaciel, była podobna. Podobnie jak oni, on również był świadomy tykania cichego zegara. Był bardziej przerażony tym, że go pokona, niż martwił się o to, co go czeka.



Oddalanie się nie przytępiło, ale opóźniło tę pilną potrzebę, fundamentalnie zmieniając moje relacje z czasem. Zawsze istniejący dystans sprawił, że ja – nas – od dawna zdawałem sobie sprawę i przyzwyczaiłem się do tego, jak bardzo jest ograniczony. Zgromadziliśmy to – biorąc nieprzyzwoicie wczesny lub późny lot lub pozostając na lotnisku dłużej niż to konieczne – zanim zdecydowaliśmy się wydać. Nigdy nie walczyliśmy z czasem, ale pokładaliśmy w nim naszą wiarę. Zaprzyjaźniliśmy się i traktowaliśmy go z szacunkiem, oczekując, że w zamian zostaniemy dobrze obsłużeni. Podążaliśmy za nim, snuliśmy plany na przyszłość z nadzieją, że zawsze taki będzie. A jednak nagle taka pandemia jak ta – która popycha przyszłość na skraj niepewności – grozi zniweczeniem tego wszystkiego. Z każdym dniem, w miarę jak liczba ofiar rośnie, a loty pozostają zawieszone w nieskończoność, odległość wydaje się coraz bardziej odległa. Podczas gdy ci, którzy przebywają w tym samym mieście, narzekają na to, co mogli zrobić, my po cichu lamentujemy nad tym, ile zostało do zrobienia. Kiedy narzekają, że nie spotykają się, kiedy kiedyś, w milczeniu patrzymy na randki, wiedząc, że nie spotkamy się, kiedy powinniśmy. Kiedy żałują stracenia czasu, my, których nie było na to stać, boimy się, ile go zostanie, gdy to wszystko się skończy. Kryzys pozbawia ich teraźniejszości i po cichu pochłania naszą przyszłość.



W czasach takich jak ten, nieustanne zamartwianie się i tylko o bycie z osobą, z którą chcesz być — na tyle zamartwianie się, że o tym wspominasz i piszesz — cuchnie przywilejem. Być może tak jest. Ale w konfrontacji z katastrofą, której nikt z nas nie uwzględnił – a co ze wszystkich rzeczy zmniejsza się nadzieja – zmartwienie wydaje się również dziwnie naturalne. Dręczące pytanie nie jest gdy spotkamy się, ale Jeśli będziemy.

Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, łamiąc kilka serc i sprawdzając, czy nasze pasują, zostawił małą notatkę, która czule sugerowała, by zachować wiarę. W kolejnych miesiącach tak właśnie robiłem, pomimo wielu walk i niepewności. Kiedy teraz mówimy, powtarzamy i przypominamy sobie nawzajem to samo. Nadal wierzymy w czas, nie dlatego, że nie znamy innej drogi, ale dlatego, że nieco ponad rok temu wszystko się ułożyło i dwie osoby przebywające w różnych miastach trafiły na siebie, gdy żadna z nich nie patrzyła. Liczymy teraz tylko na dalszą życzliwość dla wszystkich: tych, którzy lekceważyli czas i tych, którzy zwrócili na niego uwagę.