Gorący Kwaśny Słony Słodki

Od indyjskiego podróżnika, Indonezja jest usiana przykładami tego, co znane — dopóki nie skosztujesz jedzenia.

Talerz ajamu i ryżu.Talerz ajamu i ryżu.

Inni przywożą batik jawajski z Indonezji. Ceramika z Lomboku. Lalki cienia Ramajany. Ostrożnie przynieśliśmy butelki kecap manis — sos sojowy, jakiego nigdy nie jadłam — gęsty, słony i słodki jak spalona melasa.



Wydaje się, że jest to sekretny sos kuchni indonezyjskiej. Pojawia się jako zanurzenie. To podstawa gulaszu mięsnego. Przyprawia smażony ryż. Moje bengalskie podniebienie jest szczęśliwe, delektując się nutką słodyczy z pikantnością.



Jeśli lubisz słodkie i słone, musisz spróbować gudega w Yogyakarcie na Jawie, mówi mi znajomy. Wiem, że Indonezja słynie z nasi goreng, rendang i satay, ale najwyraźniej Yogyakarta jest miastem gudeg. Okazuje się, że Gudeg to niedojrzały chlebowiec. Lub echor, jaki znamy w Bengalu, nazwany baraniną drzewa ze względu na jego mięsistą konsystencję. Nie spotkałem echora poza bengalskim curry. Ale to nie jest curry z echorem. Gudeg jest duszony przez 13 godzin z mlekiem kokosowym i cukrem palmowym, aż roztopi się w gęstą, kleistą, czerwonawą masę, prawie tak słodką jak chutney. Udko z kurczaka (lub głowa, jeśli jesteś trochę bardziej żądny przygód) i towarzyszące mu jajko na twardo pomagają zmniejszyć słodycz, ale nadal przypomina to grzesznie deser udający danie główne.



To jedzenie 24×7 – możesz je zjeść na śniadanie lub lunch. Niektóre restauracje są otwarte tylko o 10 wieczorem. Na ulicy pełnej małych sklepów z gudegami co drugi ma portret surowo wyglądającej matriarchini indonezyjskiej. To królowa Gudeg z Yogyakarty, która podobno otworzyła tam pierwszą restaurację gudeg w 1942 roku. Sukarno nawet wtedy nie ogłosiło niepodległości.

Indonezja to dla indyjskiego podróżnika surrealistyczny kraj, usiany wzorami tego, co znane, pośród nieznanego terenu. Yogyakarta, podobnie jak większość Indonezji, jest muzułmańska, ale jej dwa najbardziej szanowane zabytki to buddyjska i hinduska. Borobudur to największa na świecie świątynia buddyjska z ponad 500 posągami Buddy. Jesteśmy zbyt leniwi, aby wstać o 3.30 rano, aby zobaczyć wschód słońca, co oznacza, że ​​musimy stawić czoła hordom uczniów, którzy zamiast tego chcą ćwiczyć swój angielski. Oceń nas, piszczą po zasadzce na nas na tarasie. Stilted Skąd od rozmowy nie wystarczy. Ku naszemu przerażeniu rozdają też małe metryczki. Ale wtedy nagle skręcam za róg i nie ma tam nic poza najbardziej zawiłym fryzem statku w pełnym żaglu lub latającej apsary i możemy być w IX wieku. Niestety, iluzja szybko znika, gdy wychodzimy z pomnika i znajdujemy się w labiryncie sklepów z pamiątkami.



małe czarne robaki na roślinach

Po drugiej stronie Yogyakarty wieże świątyni Prambanan przebijają niebo. W centrum stoi trimurti poświęcone Śiwie, Wisznu i Brahmie, a przed nimi świątynie ich vahan – Nandi, Garudy i Hamsy. Słyszę przewodnika, który opowiada skróconą wersję Ramajany grupie japońskich turystów uzbrojonych w gigantyczne aparaty fotograficzne. To surrealistyczne spotkać pokój pudży babci i jej bajki na dobranoc tak daleko od domu, z nieznanymi akcentami, wejść do słabo oświetlonej wnęki świątyni i zobaczyć nietoperze fruwające wokół Durgi jako Mahisasurmardini lub oprzeć się o balkon i uświadomić sobie opierasz się na Krysznie rozczłonkującej Kamsę, a ta delikatna rzeźba obok ciebie nie jest zwykłym drzewem, ale Kalpataru.



Ale kiedy opuścimy Prambanan i wrócimy do Yogyakarty, nie jest to zatłoczone indyjskie miasteczko świątynne, tętniące życiem sklepikami z nagietkami i świętymi krowami. Zamiast tego Yogya jest krajem kurczaków, a konkretnie krajem smażonych kurczaków. KFC czuje się jak w krainie Ayam Goreng, gdzie ciasto jest nasycone trawą cytrynową, czosnkiem i kurkumą. Każda lokalna knajpka ma w oknie starannie ułożoną piramidę chrupiącego kurczaka smażonego w cieście. W food courtach znajdują się kolorowe, lokalne sieci o nazwach takich jak Quick Chicken. Nawet billboard McDonald’s próbuje nas kusić talerzem podudzi z kurczaka zamiast jumbo burgerów.

Budda w Borobudur.Budda w Borobudur.

Ayam lub kurczak to pierwsze słowo, którego się tutaj uczę, przed Good Morning, Hello lub Thank You. Ale życie i jedzenie to coś więcej niż ayam. Na rozległych chodnikach z dala od eleganckich centrów handlowych znajdują się rzędy straganów z jedzeniem, które ustawiają się co noc. Mogę zdjąć buty, usiąść ze skrzyżowanymi nogami na materacu i zamówić to, co chcę. Menu znajduje się na billboardzie i jest pomocnie ilustrowane niczym książeczka z obrazkami dla dzieci. Kurczak obok ayama. Następna krowa
do sapi. Kaczka obok bebeka. I puyuh lub przepiórka. Całość składa się z kropli sambala, świeżego czerwonego sosu chili zmielonego na kamiennym moździerzu.



czarno-żółta owłosiona gąsienica

Indonezja ma około 14 000 wysp i wydaje się, że jest ich tyle samo. Uczę się kilku imion — sambal oelek, sambal petis, sambal asam — ale szybko tracę orientację. Ale kiedy w restauracji z widokiem na tarasowe pola ryżowe na Bali cała kaczka jest smażona na chrupko, sześć rodzajów sambal dzielnie ją otaczających czuje się jak ratownicy.



Bali jest oczywiście Hindusem. Oznacza to, że na rogu bujnych pól ryżowych znajdują się małe kapliczki i ofiary canang sari z kwiatów, orzechów betelu, papierosów i maleńkich słonych krakersów na tacach z liści palmowych przed witrynami sklepowymi. Każda posiadłość rodzinna ma własną świątynię i rzeźbione krasnoludy strzegące bramy, a także sarongi w czarno-białą kratkę owinięte wokół ich korpulentnych torsów. Nasz taksówkarz pyta od niechcenia: Och z Indii? Jaka jest twoja kasta? Na plaży, gdy zachodzi słońce, komunikat śpiewany przez głośnik ostrzega nas: Proszę uważać na plaży, jest przypływ, om shanti om.

Jednak to hinduizm, który intryguje wielu Hindusów. Jest pobożny, ale wołowina jest powszechna. Raz w roku jest Nyepi, dzień ciszy, kiedy wyłącza się prąd, wyłącza się lotnisko, samochody wyjeżdżają z ulicy i wszyscy zostają w domu i medytują. To nie do pomyślenia w Indiach. W starożytnych świątyniach Gunung Kawi wyrzeźbionych w zboczu wzgórza zdezorientowani indyjscy turyści zaglądają do pustej komnaty i pytają przewodnika: Ale gdzie jest Bóg? Równie zdezorientowany przewodnik odpowiada: Ale Bóg jest wszędzie. Turyści wyglądają na nieprzekonanych, jakby Śiwa lub Kriszna zostali porwani i celowo przed nimi ukryci. Ale ten hinduizm bez murti dość dobrze pasuje do etosu kraju w dużej mierze muzułmańskiego.



To kraina „Jedz, módl się, kochaj”, a Ubud na Bali nie ukrywa tego. Główna ulica jest wyłożona eleganckimi restauracjami, spa, sklepami sprzedającymi letnie sukienki. To jak kalifornijskie miasteczko na plaży, pełne kremów przeciwsłonecznych, okularów przeciwsłonecznych i zachodów słońca, tylko z większą ilością smoczego owocu i papai. Jedyni miejscowi w okolicy to ci, którzy czekają przy stolikach lub trzymają tabliczki z napisem Taxi. Tęsknię za ulicznym jedzeniem Yogyi, sprzedawcy sprzedającego kije przeplatane na przemian grillowanymi przepiórczymi jajkami i przepiórczymi jajkami. Ale przewodnik mówi nam, żebyśmy poszli zjeść babi guling — prosię w centrum Ubud — i tak też robimy. Zawiera porcję ryżu i trzeszczący kawałek świńskiej skóry. Gdy się tym zajadamy, wiemy, że nie jesteśmy już w kraju muzułmańskim.



jak często podlewać pokrzywę

Później Ida Bagus, balijski ksiądz i malarka, zabiera nas na spacer po polach ryżowych. Jesteśmy sceptyczni. Pola ryżowe mogą być egzotyczne dla emerytowanych Amerykanów ze Środkowego Zachodu, ale dla Bengalczyków wydaje się to trochę przesadą. Jednak tarasowe pola Bali i wielowiekowy system nawadniania subak ze swoimi świątyniami wodnymi, kanałami i jazami są wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Więc jedziemy. Cudownie jest oderwać się od wypielęgnowanego, etno-chicowego Ubud i spacerować po polach, powąchać błoto i trawę, zobaczyć stada biegnących kaczek i ryczących balijskich krów.

A co najlepsze, na końcu jest przygotowany dla nas lunch. Jest wszechobecna sfermentowana soja lub tempe, domowa kiełbasa wieprzowa i cud cudów, prawdziwa sałatka z delikatnych soczystych paproci i posiekanego kokosa.



Jeszcze nic nie jadłeś, mówi przyjaciel. Są curry sumatrzańskie. I kuchnia Manado z Sulawesi. Głowy ryb. Łapy krowie. Ogon wołowy. Zupy z makaronem Bakso z klopsikami z Dżakarty ukochane przez Baracka Obamę. Tyle wysp, tak mało czasu. Reszta archipelagu smaków będzie musiała poczekać.



Ale do tego czasu mamy dwie butelki kecap manis.

Sandip Roy jest pisarzem z Kalkuty.