Bakita Byaktigoto wydany w 2013 roku. (Źródło: Saregama bengalski / YouTube) Szczególnie wzruszająca jest scena u Pradipty Bhattacharyyi Baakita Byaktigoto (Reszta jest prywatna) gdzie protagonista Pramit Roy, amatorski dokumentalista, opowiada swojemu operatorowi Amitowi: Tor toh hoye gelo re! (w końcu stało się to z tobą!). Wypowiedziana podczas kręcenia Roya jego aparatem, iteracja Amita – na wpół żartobliwa i zazdrosna – jest podobna do złośliwości przyjaciela zarezerwowanej na chwile, kiedy w końcu osiągniesz coś, do czego zawzięcie próbowałeś. Jak złamanie trudnego egzaminu, zdobycie kogoś po długim czasie lub – jak w tym przypadku – zakochanie się, gdy nie jesteś pewien swoich zdolności do tego samego. Roy (hipnotyzujący Ritwick Chakrabarty) nieśmiało patrzy w kamerę i wpada w transowy taniec; trzepocząc rękoma jak skrzydłami, stawiając stopę tak lekko, jakby — skąpany w oszałamiającym uczuciu — lada chwila miał lecieć. To tak wciągający moment, w którym ktoś zakochuje się po raz pierwszy, tak ujmujący w sposób, w jaki oddaje jego rozbawienie, że chce latać, gdy zatonął tak głęboko i tak bardzo intymnie w swoim przedstawieniu, że czuje się doceniony, by móc by tego świadkiem.
Oglądałem film na YouTube kilka dni temu i straciłem rachubę, ile razy do niego wróciłem; za każdym razem bardziej zafascynowana chęcią bohatera, a nie aktora, do ofiarowania chwili tak prywatnej jak ta na półmisku dla dokumentacji. Nie jest to jednak w filmie odosobniony przypadek, kiedy coś tak bardzo intymnego zostaje nagrane w oczekiwaniu na publiczność. Podczas całego niedocenianego kryminalnie klejnotu Bhattacharyi – zaprojektowanego jako dokument nakręcony przez Roya – obaj przyjaciele na przemian nagrywają się nawzajem. Nasze spojrzenie na ich świat zależy wyłącznie od ich wspólnego spojrzenia na siebie nawzajem. Dlatego kiedy protagonista uśmiecha się i rumieni do kamery, tak naprawdę patrzy na swojego przyjaciela, a co za tym idzie na nas. Nie łamie czwartej ściany, ale kilka razy w filmie jest czwarta ściana.
Przyzwoicie bezpieczny w swoim życiu zawodowym Roy nigdy nie miał odpowiedniego romantycznego związku. A kiedy go spotykamy, jest częściowo przekonany o swojej niezdolności do podrobienia. To popycha go do zrobienia byaktigoto (prywatny) dokument o sobie – nie chwiejnym, ale – mozolnie odnajdującym miłość, gdy Amit podąża za nim z kamerą. Nieustannie szuka dziewczyny, każdej dziewczyny. Sprawdza numery w książkach telefonicznych, śledzi kobiety z daleka i czeka, by pospiesznie przykuć ich uwagę do ust, że je kocha. Nie przyznaje się do winy i nie wykazuje wynikającej z tego bezradności. W pośpiechu czuje, że grzechotanie słowami zrekompensuje brak jakiegokolwiek uczucia; że skakanie do celu zrekompensuje niepodjęcie podróży. Ten bezmyślny zwiad zmienia się na lepsze, gdy astrolog opowiada im o wiosce zwanej Mohini, ukrytej w jakimś zakątku Zachodniego Bengalu. Wszyscy się tam zakochują, a każdy, kto odwiedzi, też się zakocha. Zaintrygowany jego przyjacielem i on postanawiają odwiedzić. Zmieniają swój pierwotny plan i zamiast tego postanawiają udokumentować miejsce. Wkrótce odnajdują wioskę i zakochują się w sobie, a każdy na zmianę trzyma aparat i podąża za drugim wszędzie. Ich przypadkowe spotkania z kobietami, w których w końcu się zakochują, ich skradzione pocałunki i sekretne spotkania zostają zarchiwizowane i niedługo nic nie pozostaje byaktigoto .
Można by założyć, że używając magicznego realizmu jako podpory, Bhattacharyya zamierza zdemistyfikować zawiłości samej miłości. Zabierając nas do miejsca przepełnionego emocjami i czyniąc ze swoich bohaterów i nas aktywnego podglądacza, nie tylko upublicznia z wewnętrznie prywatne doświadczenie, ale także sugeruje, w jaki sposób ekspozycja je potwierdza. A wybierając założenie, które wymaga kronikowania wszystkiego, wydaje się celowo wprowadzać, a nawet zachęcać, element działania w akcie miłosnym. Film Bhattacharyyi, podkreślając desperacką potrzebę ludzi, aby znaleźć pewien rodzaj miłości, który mogliby podtrzymywać i nie upaść po tym, jak zostali przez nią powaleni, oraz podkreślając, jak ta miłość powinna pasować do już istniejącego szablonu, może być przekonującym komentarzem do czasy, w których zamieszkujemy. Lokalizuje dziwną sytuację, z którą nieustannie negocjujemy: jeśli nie ma obrazu, to się nie stało. Sprawia, że widzimy, a także sprawia, że czujemy się widziani.
To sprawia, że film jest znaczący. Wydany w 2013 roku wydaje się wręcz jasnowidzem. Ale przesłanie Bhattacharyyi zostaje rozwikłane w ostatnich, bolesnych momentach, kiedy po wizycie w Kalkucie i pisaniu na festiwale o swoim filmie dokumentalnym, przyjaciele nie mogą znaleźć drogi powrotnej do wioski. Tracą też swoich kochanków. Wraz z istnieniem Mohini – nie zatartego, ale – spowitego grubą chmurą nierozwiązanej tajemnicy, pozostaje perspektywa świata, który będzie świadkiem ich historii, a oni, nie wiedząc nic więcej ani lepiej niż pozostali, zamieniają się w niemych widzów. To krucha krytyka filmu dotycząca naszego ciągłego pragnienia udokumentowania każdego aspektu miłości, bycia podglądaczem przebranym za kochanków i kochania czegoś więcej niż kogoś.
Ale trwałe znaczenie Bakita Byaktigoto polega nie na tym, jak jest na czasie, ale na tym, jak ponadczasowe się to wydaje. Można to odczytywać zarówno jako naganę przeciwko konkretnemu rodzajowi miłości, jak i uznanie dla wielu miłości, które leżą rozproszone, niezauważone, te, które wymykają się, jakby nigdy się nie wydarzyły, oraz te, które wracają dyskretnie, kiedy najmniej oczekuje od nich. Niejednoznaczne zakończenie historii Roya, surowe i opowiadające o intencjach reżysera, jest tak czułe w swoim przedstawieniu, że prawie niesprawiedliwe jest odrzucanie go jedynie jako przestrogi dla innych kochanków. Po podzieleniu się swoją historią ze światem można przypuszczać, że Roy nie ma się czego trzymać. Ale on to robi. W przytłaczające popołudnie, gdy nie patrzy w nic szczególnego, przypomni mu się wspomnienie tego dnia, gdy przez krótką chwilę był przekonany, że umie latać. Będzie, nawet jeśli nigdy nie odnajdzie drogi z powrotem do wioski lub ponownie spotka dziewczynę, nawet jeśli będzie unikał rozmowy o niej z przyjaciółmi, a nawet jeśli odłoży na bok wszelkie wzmianki o niej, delikatnie znosząc wszelkie sondowanie z uśmiechem to powiedziałoby, bakita byakigoto .Tęsknota będzie całą miłością, jaką będzie miał. Z dala od publicznego blasku, będzie to całkowicie jego własne.
Postawiony w czasach, w których bycie widzianym w miłości jest uważane za konieczne, by być zakochanym, Bhattacharyya kwestionuje tę optykę, opowiadając się za tym, że miłość w swej istocie opiera się artykulacji lub demonstracji. Ale podejrzewam, że film sugeruje również, że nawet jeśli się spróbuje, zawsze pozostanie coś lub ktoś niezauważony, po prostu dlatego, że każdy się zakochuje i wstaje (lub nie) na swój sposób. Trudno, upokarzające, pokonujące i ostatecznie niemożliwe ubrać w słowa, dlaczego pewnych imion nie przybieramy w rozmowie, ale wypowiadamy na osobności, by przypomnieć sobie, jak wciąż brzmią z naszych ust,dlaczego niektórzy nadal co noc trzymają drugą stronę łóżka pustą lub starannie pielęgnują złamane serce i traktują je jako jedyną pozostałość po miłości, która tam była. Baakita Byaktigoto zastanawia się, jak uczucie miłości może być uniwersalne, ale jego doświadczenia i przeżywanie są wyjątkowe. Przypomina również, że można stracić kochanków, ale niekoniecznie miłość, którą dzielili, nawet jeśli nie ma zdjęcia.